|
|
czwartek, 12 lipca 2007
mokro, biało i zielono
Wpisy po turniejach wielkoszlemowych stały się już tradycją. Uff...cięzkie to były tygodnie. W tym roku Wimbledon był po raz kolejny pochmurny i mokry. Podobno nie było tak deszczowego turnieju w historii. Rozległy ogródek mieszczący się obok restauracji dla zawodników, będący zazwyczaj relaksującą i spokojną oazą, juz po pierwszym tygodniu był tak przesiąknięty deszczem, że stwarzał realne zagrożenie dla idących na obiad tenisistów. Czyhające błoto przykryto podestami. Juniorzy rozgrywali swe mecze bez sedziów liniowych, którzy w ostatnich dniach turnieju najzwyklej w świecie zniknęli z obiektu bo tak mieli zapisane w kontrakcie o pracę. Obsługa turnieju uszczupliła się a ilość meczów mających się odbyć wydawała się rosnąć. Deszcz lał i lał. Tenisisci nudzili się. Organizatorzy nie ulegli grożbie pogody - środkowa niedziela turnieju pozostała dniem wolnym a gry najwcześniej zaczynały sie o 11 rano. Tylko dwa razy, jeżeli dać wiarę anegdotom powtarzanym w kuluarach, w pond stuletniej przeszłości turnieju nie spadła na równiótko przystrzyzony trawnik ani jedna kropla deszczu. Po dwóch tygodniach spędzonych na najbardziej znanych kortach dzielnicy SW19 taka sytuacja nie mieści mi się w głowie. Znów mieliśmy finał Nadal - Federer. Oj, iskrzyło sie. Nadal przegrał ale pozostawił po sobie nieprawdopodobną na pozór refleksję - prędzej to on wygra z Federerem na trawie niż Federer pokona Hiszpana na mączce. Po stronie kobiet (gdy nie padało) też nie było nudno. Marion Bartoli podczas meczu z Henin wypatrzyła na trybunach swojego ulubionego aktora. Do tego szybko połapała się, że Perce Brosnan kibicował właśnie jej! Od tego momentu uskrzydliła ja wiara, że Bond przyciśnie zaraz jakiś guziczek i Henin przestanie istnieć. Miała racje. Bond Bartoli pomógł. Francuzka wpadła w trans wygrywania piłki po piłce. Po meczu dowiadując się z prasy o swojej roli Bond przesłał jej bukiet róż. Na finale z Williams chyba już go nie było. W juniorach Ula Radwańska zagrała 9 meczów w ciągu 3 dni i wyjeżdzała z Londynu z dwoma tytułami. Piękny to sukces. Co roku na Wimbledonie zadziwiają nas sukcesy juniorów. Najpierw Ola Olsza, w zeszłym roku Marcin Gawron. Teraz Ula i grająca do półfinału Kasia Piter. Kto w przyszłym roku udzwignie ciężar kontynuowania tej pokrzepiającej tradycji? Rzecz ostatnia. Największe brawa po dwóch tygodniach Wimbledonu należą sie sędziemu meczu deblowego chłopców - Ramiaramanan (MAD)/Siriluthaiwattana (THA) przeciwko parze, której nazwisk nie udało mi się zapamiętać. Być może zacznie on niebawem karierę pezentera radiowego. O najlepszej dykcji pod słońcem.. Do usłyszenia!
wtorek, 12 czerwca 2007
Roland i 4 punkty.
Długo tu nie zaglądałam. Przepraszam wszytkich Czytelników. Przez ostatnie dwa tygodnie żyłam w rytmie French Open - rytmie szalonym, szybkim i fascynującym. Tłumy ludzi, kilkadziesiat meczów rozegraniych w dwa tygodnie, niespodzianki, dobre mecze, juniorzy i gwiazdy. W końcu Henin i Nadal - królowa i król, których panowania na kortach Rolanda Garrosa w tym roku nikomu nie udało sie przerwać. Ledwie skończył się paryski szlem, a już czeka nas kolejne wydarzenie - wielki final Akademii Kaczora Donalda. Zanim na kortach Mery ruszy do rywalizacji kolorowy i rozemocjonowany korowód młodych tenisistów, zatrzymam sie jeszcze na chwilkę przy wspomnieniach... 1. Serbia. Pod wzgledem ilości mieszkanców 80 kraj na świecie. W Paryżu aż troje z ośmiorga półfinalistów było z Serbii. Ivanovic, Jankovic, Djokovic...różne temperamenty, indywidualne drogi kariery. Zbliża ich do siebie tylko 'vic' przy nazwisku i metryka. Średni wiek mieszkańców Serbii to 37 lat. Sredni wiek półfinalistów Rolanda Garrosa z tego kraju - 20,6 lat. A to oznacza, że o Serbii na pewno jeszcze usłyszymy. .. 2. Moda. Finał kobiet był wilkim balem Adidasa. Finał mężczyzn - festiwalem Nike. Zawodniczki i zawodnicy przed finałami upewnili sie, że pomimo, iż są ubierani przez tę samą firme, nie wyjdą na kort tak samo ubrani. Klasyczny strój Federera i firmowe rybaczki Nadala, w których tylko on wie jak wyglądać całkiem poważnie. Schludna Henin i dziewczęca Ivanovic. Zaczełam od Pan bo tak wypada. Która firma miała pierwszeństwo podczas całych dwóch tygodni Roland Garros'a? A to już jest kwestia gustu.. 3. Rosjanki. Pomimo, że az trzy zawodniczki z tego kraju znalazły sie w 1/4 turnieju, po finałach można śmiało powiedzieć, ze tym razem nie był to turniej Rosjanek. Paryż ciąle kojarzy się z Pietrovą, Dementievą, Myskiną, nawet Sharapovą. W tym roku Nadia tuż przed turniejem złapała kontuzję i nie poradziła sobie w pierwszej rundzie. Powracająca na korty po kontuzji Anastasia Myskina w przedturniejowym wywiadzie przyznała z rozbrajającą szczerością, że jak wygra jednego gema to będzie się zadowolona. Wygrała dokładnie jednego gema. Maria Sharapova wygrała w półfinale z Aną Ivanovic aż trzy ale kto widział Marię po meczu, nie śmiałby twierdzić, że może cieszyć się trzy razy bardziej niż Anastasia Myskina. Trójka była szczęśliwą cyfrą dla Igora Anreeva, jednego z dwóch Rosjan w ćwierćfinałach. Najpierw Igor pokonał trójke turnieju - Andy Roddica a potem wygrał jeszcze trzy mecze. 4. Juniorzy. Alizee Cornet i Vlad Ignatic rozgrzali kibiców przed niedzielnym, meskim finałem. Warto było wstać trochę wcześniej.Proszę na nich uwżać w przyszłośći! W ostatni dzień French Open, po ostatniej piłce finału jeden z dziennikarzy zażartował w swoim artykule: plan gier na następny dzień znajdziecie Państwo tutaj: www.wimbledon.org. My, w międzyczasie i w oczekiwaniu, mamy jeszcze 'Kaczory'. Do zobaczenia!
środa, 23 maja 2007
Click, click..
Dla Marty Domachowskiej i Joanny Sakowicz Roland Garros rozpoczął się dziś rano. Dla połowy startujących w eliminacjach mężczyzn French Open już się skończył...przynajmniej jezli chodzi o występy w singlu, bo eliminacje mężczyzn ruszają w Paryzu dzień przed rywalizacja kobiet. Wśród pokonanych niestety dwaj 'nasi' - Lukasz Kubot i Michał Przysiężny. Polki wciąż mają swoją sznasę... a ja nie mogę oprzec się pokusie i śledze wyniki na żywo w Internecie. Przeskakując między oficjalną stroną RG i sroną turnieju w Istambule, gdzie gra Agnieszka Radwanska, po jakimś czasie zostaję na stronie French Open. Agnieszka gra i wygrywa swoj mecz drugiej rundy błyskawicznie i nie ma sensu zagłebiać się dalej w nieprzyjazne meandry języka tureckiego. A strona French Open wciąż kusi i kusi...zdjęciami, informacjami, zapachem i samkiem Paryża. Zanim spakuję walizkę i wylecę w niedzielę do stolicy Francji zostaje mi strona. Można się tam dowiedzieć kto miał najlepszy procent skuteczności serwisu w zeszłorocznym turnieju. Kto zaserwował najwięcej asów. Albo serwował najszybciej. Kto w tym roku nie bedzie serwował w ogóle, bo zrzygnował ze startu w turnieju? Jakie znane nazwiska w tym roku muszą walczyć w eliminacjach...a jest ich kilka, naprawde! Jaki był najkrótszy w historii finał męski? Damski? Kto przed French Open rozczarował wynikami? Kto jest mocnym kandydatem albo kandydatką do zwycięstwa? Czy Paryż będzie wreszcie nalezał do Amelie i Rogera? Nie ma odpowiedzi na to pytanie. Ale moment...czy rzeczywiście nam na niej zalezy? Chyba nie. Poczekamy, zobaczymy, bedziemy zgadywac, zakładać, przewidywać, a sport i tak powie nam swoje. Kogo Maria Sharapova umieściła na liscie 10 osób, z którymi chciałaby zagrać miksta? Tu na szczęście dowiemy się więcej. Co będzie robił podczas RG Arnaud Di Pasquale - ktoś z mojej listy, gdybym musiała taka ułożyć? Czy Marta i Joasia przejdą pierwszą runde.. Click..clikc.. Pozdrawiam:)
piątek, 11 maja 2007
Z Ursynowa do Berlina
Kilka ostatnich dni spędziłam daleko od komputera. Od pisania oderwała mnie niemiecka liga, dla której musiałam odkurzyc swoje rakiety i zrezygnować z oglądania finału J&S Cup. W oczekiwaiu na powrotny lot z Niemiec udało mi sie jeszcze wyrwać na półtora dnia z malutkiego Holzwickede i powłóczyć w strugach deszczu po Kolonii i Dusseldorfie. Tym, którzy lubią piwo, sztukę, średniowieczne kościoły i niebanalnych ludzi na ulicach polecam to pierwsze miasto. Dla innego smaku piwa, drogich sklepów, szyku, przestrzeni i mody lepiej wybrać się do Dusseldorfu. Kto zaś lubi tenis powinien udać się w tym tygodniu do Berlina. Mecze z Berlina oglądam w telewizji. Podobnie jak w klubie Tie Break na Ursynowie , gdzie odbywa sie turniej o puli nagród 25 tys. USD, tam też nad kortami wiszą ciemne chmury, a trybuny kolą w oczy pustymi krzesełkami. Trudno grać w tenisa gdy piłki są ciężkie od wilgoci.Trudno się zmobilizować by przyjść oklaskiwać tenisistki gdy wokół zimno i wietrznie. Posępna grożba miarowego, nudnego deszczu łączy te dwa turnieje. Mordęgą dla wszystkich staje się w Berlinie schodzenie z kortów i czekanie na każde wznowienie pojedynku. Nieprzyjemne jest granie na Ursynowie dzień po dniu pod balonami. Wstrętne warunki pogodowe łączą Berlin i Ursynów. Przed deszczem, do półfinału turnieju w Berlinie zdążyła awansować Sveta Kuznetsova. Po warszawskiej porażce z Alioną Bondarenko, Sveta w Berlinie zagrała świetny mecz ćwierćfinałowy z obrończynią tytułu, Nadią Pietrovą. W Berlinie w ćwierćfinałach nie ma już Niemek. Jest za to wciąż sporo zawodniczek, które niedawno walczyły na kortach Warszawianki podczas J&S Cup. W Berlinie o krok od półfinału są jeszcze Henin, Vakulenko, Jankovic. W BGZ Cup do półfinału awansowała Ania Korzeniak. Jedyna Polka z calej gromadki startujących zawodniczek. Siostry Bondarenko też startowały kiedyś na Ursynowie . Dziś obie są w Berlinie. Właśnie to - nie ciężkie, granatowe chmury ale naturalna droga młodych skrzatek do wielkiego tenisowego świata - powinno być najważniejszym skojarzeniem łączącym te dwa turnieje.
niedziela, 29 kwietnia 2007
Nie tylko J&S
Witam Was! No i zaczęło się. Ruszył turniej J&S Cup i w Warszawie powiało dobrym tenisem. Gdy wyjeżdżałam z Warszawianki, na korcie najbardziej oddalonym od wciąż eliminacyjnego zgiełku turnieju trenowała Wenus Williams. Więcej kamer i gapiów było chyba tylko na treningu Agnieszki i Uli Radwańskich. Siostry jutro mają dzień wolny, na kort wyjdzie jedynie Kasia Piter. Panie i Panowie jutro rozgrzewka przed, miejmy nadzieję całym tygodniem oklaskiwania Polek. Młodej poznaniance, wystawionej na pierwszy ogień doping na pewno się przyda! Zanim do Warszawy zjechały się gwiazdy też sporo się działo. W czwartek w PZT odbyła się konferencja zapowiadająca włączenie się banku BZ WBK w kolejny rok sponsorowania młodych adeptów tenisa. Akcja ‘Tenisowe Asy BZ WBK' będzie trwać, a do trzech wybranych w zeszłym roku miast (czyli Warszawy, Poznania i Wrocławia) dołączy jeszcze Trójmiasto! W sobotę rano, niejako w zastępstwie Agnieszki, pojechałam do Piaseczna aby razem z Nadia Pietrovą - ambasadorem tej akcji charytatywnej pomóc przy budowie domu dla rodziny wybranej przez pozarządową organizację ‘Habitat for Humanity'. Na placu budowy kierowniczki budowy (bo to kobiety budowały ten dom) odziane w strój budowlany i kaski przydzieliły nam stroje ochronne, pokazały jak się leje zaprawę, trzyma kielnię i ucina pustaki... a potem zapędziły do pracy. Dziennikarki i wolontariuszki też pomagały i pomimo niecodziennego chaosu i zamieszania na budowie, dom rósł. Potem był obiad i rozmowa z rodziną, która o tym domu marzyła już od wielu lat. Było sympatycznie. Cieszyłam się że mogę dostawić cegiełkę bo każda tenisistka wie jak ważny jest dom, własne cztery kąty ..schronienie. Mam też gorszą wiadomość. Dziś zakończyła się moja współpraca z Agnieszka Radwańska. Trzymać będę za nią wciąż mocno kciuki, bo to świetna tenisistka. Państwa też zachęcam do kibicowania wszystkim Polkom w tym tygodniu. Na dobre i na złe. Do usłyszenia!
poniedziałek, 23 kwietnia 2007
Polska i Ukraina...tym razem nie razem
Czas wszędzie pędzi jak oszalały. W Bułgarii jest jeszcze gorzej - w tej szerokości geograficznej czas nie zna opamiętania. Tydzień temu siedziałam z Martą Domachowską na monachijskim lotnisku czekając na resztę ekipy. Wczoraj, wydawałoby się tylko dzień później, polska drużyna wracała juz z Plovdiv do Sofii, skąd każda wyleciała w swoją stronę - na turniej w Budapesztu, do domu w Krakowie, do akademii w Hiszpanii, czy do Warszawy...Po całym tygodniu grania żegnałyśmy Bułgarię w dziwnych nastrojach. Byłyśmy przecież tak blisko grania o awans do grupy światowej! Po wygraniu w grupie z ekipą gospodarzy, następnego dnia równie gładko rozprawiłyśmy się z Wielka Brytania. Marta i grająca na pierwszej rakiecie Agnieszka wygrały swoje single. W południe opuściła nas Ula Radwańska, spiesząca się na turniej w Budapeszcie. Przy stanie 2/0, w rozgrywanym po południu meczu deblowym, Kasia Teodorowicz przetestowała kolejną kombinację debla. Tym razem zagrały Agnieszka i Marta - para, która wydawała się najbardziej odpowiednia na najtrudniejsze przeciwniczki czyli Ukrainki. Przed tym decydującym meczem postanowiłyśmy być wierne całotygodniowym, zwycięskim rytuałom. Pomimo, że przegrałyśmy przywilej pierwszeństwa treningu (przez cały tydzień miałyśmy więcej szczęścia) wstałyśmy dokładnie o tej samej porze co w poprzednich dniach i na rozgrzewkę udałyśmy się na inny kort. Marta zjadła swoją wielką poranna porcję jajecznicy, Agnieszka rogala przed meczem. Jedynie zasypianka wieczorna z poprzedniego dnia się zmieniła - w piątek nie było ‘Na Wspólnej'. Temu jednak juz nie mogłyśmy zaradzić. Nikt nie traktował tej drobnej zmiany jak złego omenu. Wiedziałyśmy, że będzie ciężko ale wierzyłyśmy, że się uda. W sobotę, temperatura sięgała grubo ponad 30 stopni, bardzo liczna ekipa Ukraińska, wyposażona w trąbki, flagi i piszczałki ćwiczyła (zdaje się przy okazji) iście piłkarski, szalony doping. Nam zostały dwa gardła - Klaudii i moje, które zdarłyśmy do cna siedząc na trybunach. O pierwszy punkt walczyła Marta. Nie udało się jej wywalczyć komfortowej sytuacji - w równym i zaciętym meczu, w dwóch tiebreakach przegrała z Julią Fedak. Było 0/1 i na kort z Alioną Bondarenko weszła Agnieszka. Polka tego dnia jak i w całym turnieju grała świetnie. Wygrała swój mecz w dwóch setach i uratowała nasz pojedynek. To perełka w zespole -można na nią liczyć, potrafi udźwigać ciężar liderki . Po 45- minutowej przerwie rozpoczął się debel. Raz na górze byłyśmy my, raz Ukraina czyli siostry Bondarenko. W trzecim secie to one odskoczyły na prowadzenie, a potem niesione falą entuzjastycznego szału na trybunach wygrały seta 6/3. Skończył się pojedynek i skończył się Fed Cup. Było nam trochę smutno bo przez tydzień ogrywałyśmy inne drużyny tak lekko i tylko jeden set zdecydował, że za rok znów będziemy grac wśród tych samych szesnastu zespołów. Na pocieszenie kibic z Łodzi przysłał pani Kapitan esemesa - Nie martwcie się. Gratuluję udanego występu, najlepszego od 9 lat! Na pocieszenie tego dnia Marta została wybrana przez dziennikarzy Miss turnieju. Dostała figurkę słonia - na szczęście. Na przyszły rok... Wieczorem, po ostatnim meczu wyruszyłyśmy zobaczyć Plovdiv. Wreszcie coś więcej niż hotel i korty. Zjadłyśmy kolację na Starym Mieście. Okazało się, że Plovdiv to jedno z najstarszych miast na świecie...starsze niż Rzym czy Ateny. Pożegnałyśmy bułgarskie dania - kozi ser, ogórki, Szopską sałatę...Następnego dnia żegnałyśmy się na lotnisku w Sofii. Za rok pewnie znów tu będziemy... Do usłyszenia! P.S. Andrzej, dziękujemy za doping!
czwartek, 19 kwietnia 2007
Pan Latałko na Fed Cupie
Po całym dniu wracałyśmy do hotelu zadowolone. Wygrałyśmy znów 3/0, dziś z Bułgarią, gospodarzem Fed Cup'u. O samych meczach nie będę się rozpisywać bo ani na chwilę Kasi Teodorowicz - Lisowskiej, czyli Pani kapitan nie zabiło mocniej serce. Po 3 szybkich, dwusetowych meczach, równo o godzinie 3, było już po sprawie. W meczach singlowych Fed Cup przeistoczył się w Familiadę - Ula Radwańska wygrała 6/1 6/3 z 280 w rankingu WTA Dią Evtimovą, chwilę później Agnieszka straciła tylko gema więcej z dużo trudniejszą przeciwniczką, Tsvetaną Pironkovą, z którą we wcześniejszych pojedynkach bywał przecież różnie. Na debla na kort wyszły Klaudia z Martą i równie szybko, wygrywając 6/0 6/3 z trzecią i czwartą Bułgarką, z niego zeszły. O czwartej trzydzieści byłyśmy już w swoich pokojach. Pomimo łatwego pojedynku jednak trochę zmęczone. Kto nie chrapał ten czytał, oglądał polską telewizję (mamy tu polski kanał!)...przerzucał na laptopy dzisiejsze zdjęcia z kortów. Jedna osoba pisała, jedna osoba (zgadnijcie kto???) zniknęła w pokoju z okrzykiem - 'Haaa!!! Mam aż dwie godziny ... wreszcie pouczę się do matury!' Sportowo ten dzień się udał. Dziś wieczorem idziemy na zorganizowaną w naszym hotelu oficjalna kolacje dla wszystkich drużyn. Wczorajszy wieczór tez był sympatyczny - spędziłyśmy go w swoim gronie, razem z Andrzejem - kibicem z Lodzi który przyjeżdża dopingować polską drużynę Fed Cup'u od dawien dawna, pewnie od 1998 roku. Byliśmy we włoskiej restauracji. Dzięki polskiej telewizji wcześniej tego dnia dowiedziałyśmy się z detalami, że Polska i Ukraina zorganizują razem Euro 2012 i to było głównym tematem wieczoru. No może tylko godzinna, przerywanej co 3 minuty szaleńczymi napadami wesołości opowieść o Pusi, czyli o psie Klaudii, była równie absorbująca. Dzięki polskiej telewizji dziewczyny dowiedziały się również, iż w serialu 'Na Wspólnej'(który stał się tradycyjną wieczorną zasypianką) Marta postanowiła wrócić do pracy i zrobić reportaż o Pawle, a pan Latawiec, Latałko czy inny Iksinśki (przepraszam, ja oglądam tylko Magdę M. ) dowiedział się, że jest ojcem swojego dziecka, co zresztą bardzo przeżywali Kinga i Marcin. Jesteśmy w Plovdiv, ale jak widzicie jesteśmy poinformowane ::) Jutro gramy z Wielką Brytania, trzymajcie za nas kciuki! M.
środa, 18 kwietnia 2007
Dobre utro z Fed Cup'u
'Dobre utro' to po bułagarsku dzień dobry. Od tego pozdrowienia zaczyna się każdy dzień w Plovdiv. Jesteśmy tu na Fed Cupie czyli Pucharze Federacji. To siostra blizniaczka słynnego meskiego Pucharu Davisa - siostra mlodsza, cicha i skromna. Davis Cup kojarzy się z kultowymi spotkaniami narodowych bohaterow przy pełnych trybunach i ogroooomniastym, pięknym pucharem. Fed Cup przeciętnemu kibicowi sportu mowi już dużo mniej. A jednak drużynowe mistrzostwa świata kobiet to rywalizacja odbywajaca się na podobnych zasadach co Davis Cup.Co roku o najwyższe laury w grupie światowej walczy w systemie pucharowym 8 drużyn. Zabi skok do tej najbardziej prestiżowej grupy ma osiem kolejnych zespołów grupy światowej II. O schodek niżej, w I grupie eliminacyjnej strefy euro-afrykańskiej, czyli tam gdzie właśnie jesteśmy, walczy kolejnych 16 zespołów. Są jeszcze inne światowe strefy i tu też czają się niebezpieczeństwa bo spaść mozna jeszcze niżej. Pomimo ponurej wizji spadania, wypadania i spędzania 12- godzinnej dniówki na korach przez 5 dni, Fed Cup dla niektórych to czysta frajda. By awansować do grupy swiatowej II musimy wygrać rywalizację w małych grupkach, gdzie trafiają po 4 drużyny. Potem wystarczy pokonć drużynę która wygrała inną mała grupkę. A za pare tygodni jeszcze wygrać mecz barażowy z jedną z przegranych drużyn z grupy światowej II. Piszę 'wystarczy wygrać' ale tak naprawdę trzeba się przy tym sporo namęczyć. Ale to jest właśnie najbardziej przyjemne - starają się wszyscy. Sześć obcych osób, czasami wręcz rywalek, staje się dzięki temu odzianą w biało-czerwone dresy całkiem zgraną paczką. Nie jesteśmy faworytkami a inne druzyny to nie ułomki. W ekipie Szwajcarii gra Patty Schnyder, w drużynie Bułgarii Tsvetana Pironkova, dla Holandii Michaella Krajicek. Nie jesteśmy na pewno najlepsze na papierze - w liczącej się do rozstawienia hierarchii drużyn zajmujemy przedostatnie miejsce (liczą się do niej wyniki w Fed Cupie z ostatnich kilku lat). Lecz gdy popatrzymy na rankingi tenisistek już nie prezentujemy się tak blado - jesteśmy w pierwzej piątce. Piewsza Agnieszka Radawska, potem Marta Domachowska, Ula Radwanska i Klaudia Jans. Nie jest tak żle. Mamy najmocniejszą ekipę na jaką nas stać. Do naszej grupki z 16 drużyn trafiły Bułgaria, Wielka Brytania i Luksemburg. Dziś, w pierwszym meczu pokonałyśmy Luksemburg... i jak po meczu powiedział kapitan przeciwniczek - wreszcie się im zrewanżowałyśmy. Z Ann Kremer wygrała Agnieszka, Marta z Mandy Minellą ... wygrał swój mecz także debel Agnieszki i Klaudii Jans. Tyle razy ten Luksemburg dawał nam w kość a dzis poszło tak gładko. Oby to samo zdarzyło się jutro z Bułgarią! P.S. Melduję, forma na parkiecie była. U wszystkich. Do usłyszenia!
sobota, 14 kwietnia 2007
Nieznośna ciężkośc bytu
Z ostatnim kawałkiem świątecznego mazurka znikają wspomnienia po świętach wielkanocnych. U sportowca niedzielnego pojawia się wtedy maniakalna chęć uprawiania sportu. Rosnąca przez ostatni tydzień proporcjonalnie do stanu spustoszenia lodówki Poświąteczny krajobraz sportowca amatorskiego nie jest przyjemny. Trudno oddychać. Sportowiec niedzielny w okresie świat odkrywa, że siła ciążenia naprawde istnieje. Przyrzeka sobie solennie, że do końca roku nawet nie spojrzy na słodycze. Sportowiec amatorski brak sportu nadrabia jako kibic. Ogląda turniej w Amelia Island, który co roku rozgrywany jest w okresie świąt. Położona na granicy Florydy i Południowej Karoliny Wyspa Amelki ma 21 kilometrów długości i bujną roślinność. W jej gąszczu łatwo jest ukryć czekoladowe jajeczka, znajdywane potem ku uciesze rodziców przez amerykańskie dzieci. Nie da się jednak ukryć, że Wielkanoc, rozumiana tradycyjnie i po polsku, na turnieju nie istnieje. Nie ma serników, rodzinnych spotkań i wojny na wodne armatki.. W kraju sportowiec zawodowy też pozwala sobie na jeden dzień wolnego i jeden.. no może dwa kawałki mazurka. W śmigus dyngus oblewa się potem na treningu. Sportowiec niedzielny podziwia przez tydzień forhend Tatiany Golovin - jeden z lepszych forhendów na Tour. Sportowiec zawodowy myśli o swoim forhendzie. I gdy sportowiec niedzielny wciąż wspomina świąteczne smaki, sportowiec zawodowy jest już w Charleston. I na pewno nie ma problemu powrotu do formy po świetach. Agnieszka Radwańska obchodzi dziś w Krakowie swoje 18 urodziny. Nie omieszkam napisać kto z zaproszonych gości był na parkiecie w najlepszej formie :) Do usłyszenia!
czwartek, 12 kwietnia 2007
Raz, dwa, trzy...próba mikrofonu...
Musze się przyznać - to mój pierwszy raz. O rety! Piewrwszy raz bloguję. Czasami nałogowo czytam przeróżne blogi, ale sama nie blogowałam nigdy. I widzę, że jest dokładnie tak, jak z zadaniem domowym. Najtrudniejsze jest pierwsze zdanie. A pierwsze zdanie pierwszego w życiu bloga jest niezwykle skomplikowane. Co najmniej tak bardzo jak wygranie gema czterema asami serwisowymi. Dlatego na początek chciałabym wszystkich przywitać. Zapowiedziec, że będzie o tenisie i nie tylko o tenisie. O tenisie dorosłych, czyli chociażby o Wimbledonie i tenisie najmłodszych tuż obok nas, a zatem o Akademii Kaczora Donalda. Będą zdjęcia i linki. Sekrety o zawodnikach i zawodniczkach. Bedę pisac o podróżach, zwycięstwach i tenisowych strojach... Pierwsze promienie słońca to początek sezonu. W Krakowie już od 4 dni można grać na powietrzu. Mój mail to emgie78@o2.pl Dołączcie do zabawy! Magda |